Panie Jezu Chryste, Ty powiedziałeś swoim Apostołom: Pokój wam zostawiam, pokój mój wam daję. Prosimy Cię, nie zważaj na grzechy nasze, lecz na wiarę swojego Kościoła i zgodnie z Twoją wolą napełnij go pokojem i doprowadź do pełnej jedności.
Tymi oto słowami wierni uczestniczący w Nowej Mszy są katowani co niedziela. Niby nic szczególnego, wszak w ekumenicznym ferworze i nie takie rzeczy się zdarzały. Nad samym "dążeniem do pełnej jedności" nie ma co się rozwodzić,gdyż sprawa jest prosta - Kościół nigdy nie dążył do jakiejkolwiek jedności, czy to pełnej, czy półpełnej, czy może 3/4. Kościół był, jest i będzie jeden, cały, nienaruszony i nie przekonają mnie do tego wypowiedzi, w których mówi się iż przez to że ludzie odłączają się od Owczarni Chrystusowej powstaje rana, która powoduje iż sam Kościół jest jeden, ale nie jest to pełna jedność gdyż część się odłączyła. Każdy kto od Kościoła się odłącza jest heretykiem, który jest jak gałązka winnego krzewu. Chociaż ona więdnie, jednak zostaje odcięta, a sam krzew nie doznaje szkody, nadal jest zielony i wydaje przepiękne owoce (J 15,1-8). Najciekawszy jednak był kontekst w jakim te słowa są wypowiadane. Należą one bowiem do obrzędów Komunii Świętej w Nowej Mszy. Podczas roku akademickiego byłem raz w całkiem przyzwoitym, biorąc pod uwagę polskie kryteria, kościele (karmelici bosi). Gdy przyjmowałem Ciało Pańskie w kościele rozbrzmiewały słowa pieśni Jeden chleb, którą pozwolę sobie zacytować:
Jeden chleb, co zmienia się w Chrystusa Ciało,
z wielu ziaren pszenicznych się rodzi.
Jedno wino, co się Krwią Chrystusa stało,
z soku wielu winnych gron pochodzi.
Ref.
Jak ten chleb, co złączył złote ziarna,
tak niech miłość złączy nas ofiarna.
Jak ten kielich łączy kropel wiele,
tak nas, Chryste, w swoim złącz Kościele.
O Pasterzu, zgromadź w jednej swej owczarni,
zabłąkane owce, które giną.
W jeden Kościół zbierz na nowo i przygarnij,
byśmy jedną stali się rodziną.
Na ramiona swoje weź, o Panie,
tych, co sami wrócić już nie mogą!
Niechaj zjednoczenia cud się stanie,
prowadź nas ku niebu wspólną drogą.
W tej pieśni wspaniale jest podkreślona jedność Kościoła, który został założony przez Chrystusa i pragnienie, aby do niego wrócili wszyscy Ci, którzy go porzucili. Jakże wielki kontrast jest między tą pieśnią a NOMową, ekumeniczną rzeczywistością! Dla mnie odśpiewanie jej podczas udzielania Komunii Świętej jest przede wszystkim objawem tego, że mało kto dzisiaj "rozumie Mszę" modląc się we wspólnocie we własnym języku. Gdyby każdy wierny słuchał z uwagą słów kapłana, a także słów tej pieśni to doszedłby do wniosku, że coś jest nie tak. Zarówno z kwestią "dążenia do jedności" jak i nazywania przeróżnych wspólnot "Kościołami" (np. Kościół ewangelicki, Kościół anglikański etc.). Parafianie mogliby zacząć zadawać pytania swoim duszpasterzom dlaczego występują takie niezgodności, mogliby także szukać odpowiedzi sami. Jednakże nikt nawet nie próbuje. Ekumaniacy zapewne się cieszą, że wierni nie reagują na takie "zgrzyty", jednakże powinni płakać, gdyż jest to jeden z najbardziej wyrazistych przykładów całkowitego fiaska soborowego postulatu "rozumienia Mszy przez wiernych" polegającego na wprowadzeniu języków narodowych (oczywiście "w duchu Soboru"; sobór nakazał zachować łacinę).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lublin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lublin. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 1 września 2011
poniedziałek, 28 lutego 2011
Kolejny kościół "odhaczony".
Dzisiaj, jako że późno poszedłem spać i pójście "na indult" na 9 nie było możliwe, a do Bractwa nie mogłem iść z powodu spotkania, postanowiłem, że odwiedzę kolejny lubelski kościół. Padło na kościół śś. Piotra i Pawła przy klasztorze kapucynów. Wszedłem mając nadzieję już nie na NOM w duchu hermeneutyki ciągłości, ale po prostu na "zwykły, swojski, polski NOM". I tym razem się zawiodłem. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie 2 wydarzenia na Mszy.
Zaczęło się dość mocno. Tuż po tym jak kapłan (ojciec) uczynił znak krzyża, do drugiego pulpitu podeszła świecka osoba, pani tak po 60-tce. Myślałem, że zamierza powiedzieć intencję, w której odprawiana jest Msza i się zdziwiłem. Jednakże moje zdziwienie wzrosło niepomiernie, gdy owa osoba zaczęła mówić jak gdyby krótkie kazanie. Byłem w takim szoku, że nawet nie pamiętam o czym ono było. Jak się okazało byłem chyba jedynym, który był nieprzygotowany na takie wystąpienie. Dalej Msza przebiegała spokojnie, aż do momentu zakończenia przyjmowania Komunii Świętej. Otóż kolejna pani, nie do końca młoda, zaczęła, wzorem Oaz i innych posoborowych wspólnot, dziękować Bogu za to, że mogła Go przyjąć itd itp. Wszystko pięknie, ale było to dość komiczne, gdyż przemawiała trochę w manierze kilkuletnich dzieci, a jak usłyszałem o jej "maleńkim sercu" to nie wiedziałem czy śmiać się, czy płakać. Kolejny raz wyszedłem przed błogosławieństwem...
Wszystkie te ostatnie doświadczenia sprawiły, że nie mam już wątpliwości co do kwestii tzw. jurysdykcji nadzwyczajnej. Jeszcze kilka miesięcy temu była to dla mnie trudna kwestia, ale jako że i tak nie zamierzałem korzystać w żaden sposób np z Sakramentu Pokuty w Bractwie, więc odłożyłem tę sprawę ad acta. Dzięki lubelskim przeżyciom widzę, że nawet w Polsce ta zasada ma sens, jest ważna. Nie dlatego, że kościoły, jak na Zachodzie, stały się bardziej miejscami spotkań, niż kultu, ale po prostu dlatego, że trudno dziś usłyszeć dobre kazanie (o tym za niedługo), czy wysłuchać porządnej nauki, przystępując do Spowiedzi. Innymi słowy brak mi porządnej, konkretnej, precyzyjnej, katolickiej nauki. Odnalazłem ją w Bractwie i z tego powodu niezwykle się cieszę. Nie jest to bynajmniej afront wobec tych, którzy wybrali drogę "Ecclesia Dei". Po prostu tam także nie potrafiłem do końca odnaleźć siebie.
Zaczęło się dość mocno. Tuż po tym jak kapłan (ojciec) uczynił znak krzyża, do drugiego pulpitu podeszła świecka osoba, pani tak po 60-tce. Myślałem, że zamierza powiedzieć intencję, w której odprawiana jest Msza i się zdziwiłem. Jednakże moje zdziwienie wzrosło niepomiernie, gdy owa osoba zaczęła mówić jak gdyby krótkie kazanie. Byłem w takim szoku, że nawet nie pamiętam o czym ono było. Jak się okazało byłem chyba jedynym, który był nieprzygotowany na takie wystąpienie. Dalej Msza przebiegała spokojnie, aż do momentu zakończenia przyjmowania Komunii Świętej. Otóż kolejna pani, nie do końca młoda, zaczęła, wzorem Oaz i innych posoborowych wspólnot, dziękować Bogu za to, że mogła Go przyjąć itd itp. Wszystko pięknie, ale było to dość komiczne, gdyż przemawiała trochę w manierze kilkuletnich dzieci, a jak usłyszałem o jej "maleńkim sercu" to nie wiedziałem czy śmiać się, czy płakać. Kolejny raz wyszedłem przed błogosławieństwem...
Wszystkie te ostatnie doświadczenia sprawiły, że nie mam już wątpliwości co do kwestii tzw. jurysdykcji nadzwyczajnej. Jeszcze kilka miesięcy temu była to dla mnie trudna kwestia, ale jako że i tak nie zamierzałem korzystać w żaden sposób np z Sakramentu Pokuty w Bractwie, więc odłożyłem tę sprawę ad acta. Dzięki lubelskim przeżyciom widzę, że nawet w Polsce ta zasada ma sens, jest ważna. Nie dlatego, że kościoły, jak na Zachodzie, stały się bardziej miejscami spotkań, niż kultu, ale po prostu dlatego, że trudno dziś usłyszeć dobre kazanie (o tym za niedługo), czy wysłuchać porządnej nauki, przystępując do Spowiedzi. Innymi słowy brak mi porządnej, konkretnej, precyzyjnej, katolickiej nauki. Odnalazłem ją w Bractwie i z tego powodu niezwykle się cieszę. Nie jest to bynajmniej afront wobec tych, którzy wybrali drogę "Ecclesia Dei". Po prostu tam także nie potrafiłem do końca odnaleźć siebie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)