piątek, 12 sierpnia 2011

Greckie klimaty...

... czyli kilka fotek z Grecji mojego autorstwa.


Meteory - klasztor Świętej Trójcy.


Widok z Meteorów na Równinę Tesalską.


Widok na 3 najwyższe szczyty pasma Olimpu - Mytikas, Stefani (dom Zeusa) i Skolios.


Pamiątki z Grecji :-)


Parthenon na Akropolu.


Cerkiew w miejscu mojego wypoczynku - Olympiaki Akti (Olympic Beach)


Fale Morza Egejskiego.


Pozdrawiam serdecznie wszystkich wypoczywających, a także pracujących!

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Ubi sunt?

W tym roku, uczęszczając na wykłady i ćwiczenia z historii literatury angielskiej, zapoznałem się z motywem literackim nazwanym ubi sunt - z łaciny gdzie są. Wyraża on prostą prawdę: wszystko zmienia się i przemija. Częstym, wręcz nieodłącznym elementem tego motywu jest nostalgia za tamtymi, "starymi, dobrymi czasami". Przykładem z nowoczesnej literatury może być Władca Pierścieni, gdzie J.R.R. Tolkien pisał:

Gdzież teraz jeździec i koń?
Gdzież róg, co graniem wiódł w pole?
Gdzież jest kolczuga i hełm
I włos rozwiany na czole?
O, gdzie jest harfa i dłoń,
Gdzie ogień złotoczerwony,
Gdzie jest czas wiosny i żniw,
Gdzie zboża dojrzałe i plony?
Wszystko minęło jak deszcz,
Jak w polu wiatr porywisty,
Na zachód odeszły dni
Za góry mroczne i mgliste...

Jednakże po co o tym piszę? Otóż, gdy kilka dni temu byłem z rodzicielką na zakończeniu odpustu Porcjunkuli w kęckim klasztorze franciszkanów także wpadłem w taki "ubisuntowy" nastrój. Było wiele osób, naprawdę wiele, jak na mały kościół, który nie jest nawet parafią. Wśród tych wszystkich ludzi czułem się wyjątkowy, jednakże nie z powodu moich poglądów, lecz wieku. Było sporo osób starszych, całkiem dużo w wieku ok 30-40 i kilka małych dzieci. Sed ubi sunt iuvenes? Lecz gdzie jest młodzież? Oczywiście, jako wyjaśnienie można powtarzać utarte do granic niemożliwości slogany o sekularyzacji społeczeństwa i wielu rozrywkach, które zajmują młodych, jednakże czy takie oszukiwanie siebie i innych ma sens? Czy nie lepiej przyznać że Kościół już nie jest "atrakcyjny" dla nastolatków? I nie jest to bynajmniej spowodowane tym, że w liturgii jest zbyt mało fajerwerków, jak uważa część duszpasterzy. Problem leży gdzie indziej.


Żyję na tym świecie już 20 lat i tyleż czasu jestem katolikiem. Dopiero około 4 lat znam Tradycję, a i tak czasem zdarza mi się z różnych powodów uczestniczyć w Nowej Mszy. Prawie na każdej niedzielnej Ofierze było wygłaszane kazanie. Po dodaniu także tych z rekolekcji wielkopostnych i jednych oazowych (kiedyś należałem do tego ruchu) wychodzi całkiem spora suma wysłuchanych przeze mnie homilii. Jednakże nigdy nie zdarzyło mi się usłyszeć cytatu z katechizmu trydenckiego, czy też katechizmu kard. Gasparriego. Ba, nie przypominam sobie żeby kiedykolwiek ksiądz przytoczył chociażby malutki fragment z nowego Katechizmu Kościoła Katolickiego. Praktycznie zawsze słyszałem te same frazesy, w zależności od czytań przypisanych na dany dzień. Jak więc swoją wiarę ma rozwijać osoba, która nie poznaje na własną rękę swojej religii, która całą wiedzę o Bogu i Kościele wynosi z coniedzielnej Mszy? Odpowiedź jest prosta: nie może. W konsekwencji przychodzi obojętność, która prowadzi do ateizmu. Księża, aby jakoś przyciągnąć młodzież, która jest przecież nadzieją Kościoła, organizują Msze bitowe, rockowe, cyrkowe... Myślą że dobrze wypełniają swój obowiązek, jednakże jest zupełnie odwrotnie. Tego typu nabożeństwa utwierdzają w młodych zinfantylizowany obraz Jezusa Chrystusa, Jego Ofiary i Kościoła. To prowadzi do jeszcze większego spustoszenia, jeżeli spojrzymy na tę kwestię dalekowzrocznie. O wiele łatwiej jest przecież przekonać do jakiejkolwiek sprawy, niekoniecznie dotyczącej sfery religijnej, kogoś kto nie ma o niej zielonego pojęcia, niż osobę o błędnych poglądach na nią. Jednakże księża nie są świadomi możliwych rezultatów swoich działań. Dlatego też wymyślają coraz to nowe sposoby aby uatrakcyjnić Najświętszą Ofiarę i Tego, który ją składa Ojcu. Zamiast tego powinni jednak wziąć do ręki św. Tomasza z Akwinu i sami się uczyć, aby następnie móc prawdy wiary przekazywać wiernym, gdyż, jak mówi przysłowie, z pustego to i Salomon nie naleje, a „nowoczesna” formacja w seminariach jest oparta na bzdetach Rahnera czy Teilharda de Chardin i całej posoborowej nowomowie. Równolegle z solidną katechizacją powinna iść Msza w klasycznym rycie rzymskim, która przez dwadzieścia wieków przyciągała swoją głębią i pięknem ludzi w każdym wieku. Dopiero to sprawi, że kościoły wypełnią się młodzieżą i to młodzieżą wierzącą, która będzie przychodzić dla pogłębienia życia duchowego, a nie po to aby się pośmiać, „wyluzować.” Pewnie sporo osób pomyśli teraz: „Bzdura, ani św. Tomasz ani Msza trydencka nie poprawią sytuacji!” Jeśli tak, to warto przejść się w niedzielę do najbliższego kościoła, gdzie odprawia się Mszę „trydencką” i do innego w którym odprawia się Nową Mszę i porównać sobie ilość osób w wieku do 30 lat (oczywiście „na oko” – różnica i tak będzie świetnie widoczna). Ja wierzę, że podane przeze mnie środki są odpowiednie aby „odmłodzić” Kościół i jak na razie średnia wieku osób uczęszczających na Mszę w klasycznym rycie rzymskim wspiera mój pogląd.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Changes, changes...

Surfing the Net, I have found a most interesting and useful comparison of two English translations of the Roman Missal. The first was published in 1970 and is used since then. The new translation is ordered to be on a daily basis in parishes until the first Sunday of Advent 2011. In my opinion, it is a dream. Even now there is such an opposition against the new Missal (because it's too catholic), that in numerous dioceses it will be simply rejected without asking anyone for permission. Nevertheless, I would like to point out few differences.


To begin with, now people in churches when proclaiming their Credo, announce that Christ is one in Being with the Father and born of the Virgin Mary, all said in plural form. It will change now. After 27 November all faithful will (in theory) speak using singular form and confess the Faith in Jesus, who is consubstantial with the Father and incarnate of the Virgin Mary. Concerning the Priest’s Parts, also a lot has changed, mostly in the linguistic aspect. Vulgar, poor English was thrown away in favour of more beautiful and poetic. The same happened also in the case of People’s Parts, as presented above, but here it is more visible. Of course it is not the only difference: a distinction was made between the sacrifice of the celebrant and this of the faithful during the Orate fratres prayer, what is a strong hit right in the heart of the false idea of a priest who is seen merely as a leader of a congregation, congregation which also celebrates the liturgy. What is more, in the most significant moment of the Mass, consecration, the priest says that Jesus took this precious chalice, not the cup. In the context of Eucharistic sacrileges caused by ignorance of Its value, it is a step forward in order to restore the proper respect.

To sum up, the correction of linguistic aspect (beauty and accuracy of the language) of the Missal should improve the way in which both faithful and the priest receive the service. Reviewed text leaves very small space for liturgical “innovations”, what, in my opinion, may bring only good fruits. In addition, accurately translated prayers may be a help for confused priests, who are not fully aware of their identity and mission due to the lack of proper formation in seminaries.



P.S. Of course, changes presented by me are just a sample. More of them You may see here.

czwartek, 4 sierpnia 2011

"Wdrażanie" Summorum Pontificum cz. 1

Rozpoczynam cykl opisujący wydarzenia związane z zasianiem ziarna najważniejszego dokumentu papieża Benedykta XVI, które trafiło na wyjałowioną ziemię. Dziś chciałbym opisać przypadek Thiberville. Nie dotyczy on działań hierarchii względem osób domagających się Mszy na podstawie Summorum Pontificum, jednakże w obliczu wspomnianego motu proprio warto przytoczyć tę historię.

Thiberville, mała miejscowość w Górnej Normandii, przez prawie 20 lat była niezwykłym miejscem dzięki pracy swojego pasterza - o. Michela. Na nabożeństwach (odprawianych zarówno w klasycznym rycie rzymskim, jak i tym Pawła VI z zachowaniem najwyższego szacunku dla Boga) kościoły i kaplice pękały w szwach. Do nauki katechizmu przystępowało mnóstwo dzieci. Słowem - uosobienie Christianitas. Jednakże ordynariuszowi miejsca -  biskupowi Nourrichardowi nie podobała się parafia tętniąca życiem, wypełniająca w stu procentach nauczanie Ojca Świętego o równości dwóch form rytu rzymskiego na długo przed ukazaniem się słynnego motu proprio. Jako że Thiberville było jedyną oazą na pustyni duchowej, którą była diecezja Evreux, postanowiono z nim zrobić porządek. Przy okazji reorganizacji parafii bp Nourrichard przyjechał do miasteczka, aby ogłosić owe zmiany, które obejmowały także zdymisjonowanie o. Michela jako proboszcza. Nigdy nie oglądałem podobnej wrzawy w kościele. Ludzie wykrzykiwali obelgi w stronę tych, którzy przyszli odebrać im to co mieli najcenniejsze. Czy ich pochwalam? Nie, ale rozumiem doskonale. Nie tylko stracili możliwość uczestniczenia w coniedzielnej Mszy sprawowanej wg Mszału bl Jana XXIII; stracili nawet możliwość uczestniczenia w godnie sprawowanym NOMie, gdyż kapłan mianowany na o. Michela odprawiał go (i zapewne odprawia dalej) według "zachodnich standardów". Dzięki wszystkim wspomnianym zmianom w coniedzielnej Mszy uczestniczy ok 30 osób, w tym 10 z Thiberville, a reszta z okolic włączonych do parafii w ramach wspomnianej "reformy administracyjnej". Zaniechano także odprawiania Mszy w dni powszednie, a na naukę katechizmu uczęszcza co najwyżej 20 dzieci. Podejrzewam, że pozostali wierni praktykują wiarę w domach, oczekując czasów, gdy hasła reformy reformy, hermeneutyki ciągłości a także równości form rytu rzymskiego faktycznie staną się rzeczywistością i będą znowu mogli wielbić Boga "w duchu i w prawdzie" (zob. Jan 4,23) tak jak robi to Kościół od ponad dwóch tysięcy lat.


Na zakończenie film z owego pamiętnego, styczniowego dnia, w którym ordynariusz Evreux przyjechał do Thiberville:
(film po francusku z angielskimi napisami)








(Post został napisany w oparciu o artykuł portalu Rorate Caeli)

O stosunku przedmałżeńskim.

Żyjemy w społeczeństwie spornolizowanym i chyba nie trzeba tego specjalnie udowadniać – seks jest wszędzie. Jako że Kościół jest już za słaby żeby realnie wpływać na postawy moralne społeczeństwa pojawiło się wiele różnych poglądów na stosunek seksualny. Jednym z nich, który mnie irytuje najbardziej jest: Przed ślubem współżycie z partnerem jest zalecane, wręcz konieczne, gdyż przed podjęciem tak ważnego zobowiązania trzeba wiedzieć czy jest się „dopasowanym.”

Pierwszym aspektem tego stwierdzenia, który niezwykle działa mi na nerwy, jest postawienie współżycia na pierwszym miejscu. Oczywiście, jest ono bardzo ważne, jednakże w miłości nie chodzi o orgazm. Zresztą jeżeli seks decyduje o „być albo nie być” małżeństwa, to czy można mówić o miłości między dwoma osobami? Raczej o zaspokojeniu żądz. Wtedy nie powinno się w ogóle myśleć o ślubie kościelnym gdyż zamiast wywyższenia i uświęcenia ludzkiej relacji przez Sakrament, ów Sakrament zostaje zinstrumentalizowany, potraktowany jako ładne tło.

Po drugie, nigdy nie rozumiałem całej tej afery wokół dopasowywania się w łóżku. Co niby ma zostać dopasowane? Umiejętności partnera do oczekiwań partnerki? Dziś, gdy świat wpadł w nurt seksualizmu – postawienia współżycia w centrum, pojawiło się tyle produktów mających polepszyć wszelkie parametry, że dopasowywanie chyba nie jest potrzebne. Oczywiście może jest jakiś niezwykle ważny powód żeby tak robić, jednakże ja go nie znam. Może to dlatego że jestem zupełnie "nienowoczesny".

I cóż mi pozostało? Jedynie mieć nadzieję, że kiedyś ludzie tacy jak ja, którzy chcą poczekać ze współżyciem do ślubu z ukochaną kobietą, którzy nie chcą "dopasowywać się" tylko po prostu obdarowywać się miłością w najpiękniejszy sposób, nie będą uważani za nienormalnych. Oznacza to ni mniej ni więcej, że takie poglądy musiałaby mieć większość osób, gdyż normalność w dzisiejszym świecie jest konstytuowana wyłącznie przez większość. Ja mimo wszystko wierzę że kiedyś nadejdą takie czasy i zamierzam nadal trwać w swoich poglądach.

środa, 3 sierpnia 2011

"Przysięga antymodernistyczna" Piusa X

Dziś chciałbym przedstawić jeden z najważniejszych tekstów kościelnych XX wieku. Przysięga antymodernistyczna opublikowana 1 września 1910r. w motu proprio Sacrorum antistitum była wygłaszana przez ponad pół wieku przez księży i biskupów na całym świecie przed uzyskaniem święceń, a także przez katechetów i profesorów świętej teologii. Patrząc na ustalenia Soboru Watykańskiego II aż trudno uwierzyć że wszyscy biskupi wygłosili tę samą przysięgę, wyznanie jednej Wiary. Po soborze, w roku 1967r., zniesiono obowiązek wygłaszania Przysięgi. Spowodowało to, w moim odczuciu, tak wielkie szkody jak zmiana rytów Sakramentów i całej teologii. Oto jej treść:


Ja N. przyjmuję niezachwianie, tak w ogólności, jak w każdym szczególe, to wszystko, co określił, orzekł i oświadczył nieomylny Urząd Nauczycielski Kościoła.
Najpierw wyznaję, że Boga, początek i koniec wszechrzeczy, można poznać w sposób pewny, a zatem i dowieść Jego istnienia, naturalnym światłem rozumu w oparciu o świat stworzony, to jest z widzialnych dzieł stworzenia, jako przyczynę przez skutki.
Po drugie: zewnętrzne dowody Objawienia, to jest fakty Boże, przede wszystkim zaś cuda i proroctwa, przyjmuję i uznaję za całkiem pewne oznaki Boskiego pochodzenia religii chrześcijańskiej i uważam je za najzupełniej odpowiednie dla umysłowości wszystkich czasów i ludzi, nie wyłączając ludzi współczesnych.
Po trzecie: mocno też wierzę że Kościół, stróż i nauczyciel słowa objawionego, został wprost i bezpośrednio założony przez samego prawdziwego i historycznego Chrystusa, kiedy pośród nas przebywał, i że tenże Kościół zbudowany jest na Piotrze, głowie hierarchii apostolskiej, i na jego następcach po wszystkie czasy.
Po czwarte: szczerze przyjmuję naukę wiary przekazaną nam od Apostołów przez prawowiernych Ojców, w tym samym zawsze rozumieniu i pojęciu. Przeto całkowicie odrzucam jako herezję zmyśloną teorię ewolucji dogmatów, które z jednego znaczenia przechodziłyby w drugie, różne od tego, jakiego Kościół trzymał się poprzednio. Potępiam również wszelki błąd, który w miejsce Boskiego depozytu wiary, jaki Chrystus powierzył swej Oblubienicy do wiernego przechowywania, podstawia... twory świadomości ludzkiej, które zrodzone z biegiem czasu przez wysiłek ludzi – nadal w nieokreślonym postępie mają się doskonalić.
Po piąte: z wszelką pewnością utrzymuję i szczerze wyznaję, że wiara nie jest ślepym uczuciem religijnym, wyłaniającym się z głębin podświadomości pod wpływem serca i pod działaniem dobrze usposobionej woli, lecz prawdziwym rozumowym uznaniem prawdy przyjętej z zewnątrz ze słuchania, mocą którego wszystko to, co powiedział, zaświadczył i objawił Bóg osobowy, Stwórca i Pan nasz, uznajemy za prawdę dla powagi Boga najbardziej prawdomównego.
Poddaję się też z należytym uszanowaniem i całym sercem wyrokom potępienia, orzeczeniom i wszystkim przepisom zawartym w encyklice Pascendi i dekrecie Lamentabili, zwłaszcza co się tyczy tzw. historii dogmatów.
Również odrzucam błąd tych, którzy twierdzą, że wiara podana przez Kościół katolicki może się sprzeciwiać historii i że katolickich dogmatów, tak jak je obecnie rozumiemy, nie można pogodzić z dokładniejszą znajomością początków religii chrześcijańskiej.
Potępiam również i odrzucam zdanie tych, którzy mówią, że wykształcony chrześcijanin występuje w podwójnej roli: jednej człowieka wierzącego, a drugiej historyka, jak gdyby wolno było historykowi trzymać się tego, co się sprzeciwia przekonaniom wierzącego, albo stawiać przesłanki, z których wynikałoby, że dogmaty są albo błędne, albo wątpliwe – byleby tylko wprost im się nie przeczyło.
Potępiam również ten sposób rozumienia i wykładu Pisma św., który pomijając Tradycję Kościoła, analogię wiary i normy podane przez Stolicę Apostolską, przyjmuje wymysły racjonalistów w sposób zarówno niedozwolony, jak i lekkomyślny, a krytykę tekstu uznaje za jedyną i najwyższą regułę.
Odrzucam również zdanie tych, którzy twierdzą, że ten, co wykłada historię teologii lub o tym przedmiocie pisze, powinien najpierw odłożyć na bok wszelkie uprzednie opinie, tak co do nadprzyrodzonego początku katolickiej Tradycji jak co do obiecanej przez Boga pomocy w dziele wiecznego przechowywania wszelkiej objawionej prawdy; nadto że pisma poszczególnych Ojców należy wykładać według samych tylko zasad naukowych z pominięciem wszelkiej powagi nadprzyrodzonej i z taką swobodą sądu, z jaką zwykło się badać jakiekolwiek dokumenty świeckie.
W końcu wreszcie ogólnie oświadczam, że jestem najzupełniej przeciwny błędowi modernistów twierdzących, że w świętej Tradycji nie ma nic Bożego, albo – co daleko gorsze – pojmujących pierwiastek Boży w znaczeniu panteistycznym, tak iż nic nie pozostaje z Tradycji katolickiej poza tym suchym i prostym faktem, podległym na równi z innymi dociekaniom historycznym, że byli ludzie, którzy szkołę założoną przez Chrystusa i Jego Apostołów rozwijali w następnych wiekach swą gorliwą działalnością, zręcznością i zdolnościami.
Przeto usilnie się trzymam i do ostatniego tchu trzymać się będę wiary Ojców w niezawodny charyzmat prawdy, który jest, był i zawsze pozostanie w „sukcesji biskupstwa od Apostołów” [Św. Ireneusz, Adv. haer. IV, 26 – PG 7, 1053 C]; a to nie w tym celu, by trzymać się tego, co może się wydawać lepsze i bardziej odpowiednie dla stopy kultury danego wieku, lecz aby nigdy inaczej nie rozumieć absolutnej i niezmiennej prawdy głoszonej od początku przez Apostołów.
Ślubuję, iż to wszystko wiernie, nieskażenie i szczerze zachowam i nienaruszenie tego przestrzegać będę i że nigdy od tego nie odstąpię, czy to w nauczaniu. czy w jakikolwiek inny sposób mową lub pismem. Tak ślubuję, tak przysięgam, tak niech mi dopomoże Bóg i ta święta Boża Ewangelia.

wtorek, 2 sierpnia 2011

Omnes contra mortem!

Niedawno natknąłem się w sieci na list ciekawy pod 2 względami. Po pierwsze, jest to list dający dość mocne argumenty w debacie na temat aborcji; po drugie, jest to list napisany przez ateistkę. Oto całość:

Niedawno rozpoczęła się w Polsce wspaniała akcja, mająca na celu obronę najbardziej bezbronnej, a zarazem najsłabiej chronionej grupy społecznej - nienarodzonych dzieci. Ponad sto dziennikarek i publicystek z różnych mediów (radia, telewizji, prasy, portali internetowych, agencji informacyjnych) podpisało apel o pełną, prawną ochronę życia poczętych istot.

Lista wciąż jest otwarta i czeka na podpisy kolejnych kobiet z medialnego świata. Odezwa, znana jako List Otwarty Dziennikarek: „Przeciwko aborcji", została już rozesłana parlamentarzystom, decydentom i ludziom mediów. Można ją znaleźć na stronie www.za-zyciem.pl

Pragnę poinformować, że mam zaszczyt być jedną z uczestniczek tej ważnej akcji. Podpisałam List Otwarty, ponieważ uważam, iż poczęte dziecko to taki sam człowiek jak osoba już urodzona. Nienarodzona istota jest - od początku swojego istnienia - autonomicznym, odrębnym od matki organizmem, posiadającym DNA Homo sapiens. Z naukowego, a więc racjonalnego punktu widzenia, nie ma innej definicji człowieczeństwa.

Głoszone w niektórych mediach przekonanie, według którego nienarodzone dziecko nie jest człowiekiem, to teoria zupełnie nienaukowa i niemożliwa do udowodnienia. Propagowanie poglądów pro-aborcyjnych jest anachroniczne oraz kompromitujące w dobie genetyki i embriologii.

Dzieci poczęte, jako istoty ludzkie, powinny mieć zagwarantowane prawo do życia, godnego traktowania, bezpieczeństwa osobistego i wolności od tortur. Niestety, obecnie są one często pozbawiane tych praw - także w Polsce. Uważam, że należy to jak najszybciej zmienić.

Mam nadzieję, iż List Otwarty Dziennikarek: „Przeciwko aborcji" pozwoli wnieść nową jakość do polskiego prawodawstwa. My, kobiety mediów, uczestniczki antyaborcyjnej akcji, walczymy o prawa człowieka i obywatela. Domagamy się nowoczesnego, humanitarnego państwa oraz przestrzegania art. 18, 30, 38 i 40 Konstytucji RP.

Natalia Julia Nowak,
współpracowniczka tygodnika “Tylko Polska”,
studentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej
(źródło: www.za-zyciem.pl)


Jak się okazuje cywilizacja życia nie jest pragnieniem jedynie katolików, ale może ona stać się celem wszystkich ludzi dobrej woli. Szacunek dla każdego żyjącego człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci powinien być elementem każdego światopoglądu.